SOPHIE
Wydaje mi się, że należę już do nowego świata, Doktorze K. Sam widzisz – Nawet już mówię „wydaje mi się”. Z tym że to wcale nie jest nowy świat. Ta stara koncepcja była zawsze wyłącznie marzeniem, no nie, taką ofertą sprzedaży? Świat ucieczki, świat azylu. Nowe słowa zastępujące te stare: I wcale nie pomijam faktu, że to czym Joe handluje codziennie w swoich biurze przy Szóstej Alei, to co trzyma nas tutaj w tym kraju wolnych ludzi, jest dokładnie tym samym snem, tyle że w lustrzanym odbiciu: to złote wspomnienia o Starym Świecie. Chaty pod strzechą i posiadłości. Sceneria z szachownicą pól w tle. Wizje takie słodkie i zielone. Ach, żeby tak być w Anglii teraz, gdy – (A wygląda na to, że teraz właśnie Anglia rusza do walki z Argentyną.)
(…)
(…)
Wcale nie tak daleko od tego wszystkiego. Joe nie potrafiłby zrozumieć jak to możliwe, że czuję się tak bezpieczna w tym niebezpiecznym kraju, tak nietykalna w tym groźnym mieście. To ja, pełna słodyczy róża angielska w złowieszczej i zdziczałej dżungli Nowego Jorku. W tym braku kamuflażu, w postrzeganiu rzeczy takim jakimi one faktycznie są, można odnaleźć pewne pocieszenie, prawda? Kraj którym rządzi przemoc, kraj pełen broni. Wiesz jak to jest, ci zawsze delikatni i pokojowo nastawieni Anglicy mają takie mocno przesadzone wyobrażenie o Ameryce, że jest to miejsce, gdzie wszelkie kwestie sporne, takie jak eksterminacja Indian, złoczyńców, murzynów, prezydentów, strajkujących obywateli, szefów wrogich gangów i konkurentów z tej samej branży, rozwiązuje się pociągając za spust.
No więc skąd wziął się ten paniczny strach przez plastikowym pistoletem, Sophie?
Usiłuję ci to właśnie powiedzieć na MIŁOŚĆ BOSKĄ!
Drogi Doktorze Klein. Te rzeczy, o których Ci nie mówiłam. Te, o których nigdy ci nie powiedziałam. Kiedy przybyliśmy tu pierwszy raz w siedemdziesiątym drugi, nie miałam żadnego pojęcia o czymkolwiek. Byłam tylko głupią żoneczką („Nie głupią Sophie, tylko nie głupią”) po raz pierwszy – i chyba również po raz ostatni - w ciąży, wcale nawet nie myślącą o tym, że może urodzić bliźniaki i budzącą się do nowego życia w tym całkiem nowym świecie. Ciężko powiedzieć, czy od razu poczułam, że jestem już częścią tego świata, czy też doszło to do mnie dopiero po latach. Myśli przewijały się przez moją głowę: Jak tu okropnie - Jak tu pięknie. To prawda– jakaś groźba wisi w powietrzu. Ale wolę już żeby niebezpieczeństwa naskakiwały na mnie, gdy częściowo zdaję sobie sprawę z tego, że mogą one nadejść, niżby miały niespodziewanie eksplodować spomiędzy zielonych trawników i łagodnych cegieł ścian.
(...)
HARRY
Każdego roku wciąż odwiedzam Marion Evans. Pamięć jeszcze jej służy. Zazwyczaj jedziemy wtedy na wyżynę Epsom Downs, jeśli pogoda tego dnia dopisuje. Ona zabiera ze sobą termos. Nie mówiła mi nigdy, a ja jakoś nie pytałem, co zrobiła z prochami Raya, ale mam dziwne przeczucie, że rozsypała je właśnie tu na tej wyżynie w jakiś niedzielny poranek. Mam również pewne przeczucie, że przeszło jej przez myśl to samo co mnie – zapewne prochy Taty były zmieszane z prochami Raya. Tak więc gdy tu przyjeżdżamy, dopełniamy podwójnego rytuału. Zatrzymujemy samochód, opuszczamy szyby i spoglądamy ponad torem wyścigowym. Ona nalewa herbatę ze swojego termosu. Pytam co słychać u jej żonatego syna i córki, a ona zdaje mi raport o ich życiu. Teraz z kolei ona pyta mnie, czy mam jakieś wiadomości od Sophie. Tak, odpowiadam, Sophie ma się dobrze. A bliźniaki? Również w porządku. Tylko, że to kłamstwo i to przynajmniej z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że, jeśli wierzyć ostatniej wiadomości od Joe, (no więc nie, pani Evans, Sophie wcale do mnie nie pisze i ja do niej również, a co do moich wnuków, to nigdy ich nie widziałem) u Sophie nic nie jest w porządku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz