środa, 29 lipca 2009

Pomniki popkultury

Natknąłem się dzisiaj na dość starego już newsa o tym, że w Tokio budują ruchomy pomnik Gundama. Przeciętny Polak pomyśli sobie pewnie, że Gundam to pewnie jakiś generał, przywódca, albo inny papież. No więc nie, moi drodzy, Japończycy budują sobie ruchomy pomnik robota - głównego bohatera serii anime Mobile Suit Gundam. Do głowy przyszła mi w związku z tym pewna refleksja - czy ktokolwiek, uznał by za osobę przy zdrowych zmysłach kogoś, kto tutaj w Polsce zaproponowałby postawienie 20-metrowego pomnika Koziołka Matołka? Albo Reksia? Przecież perspektywa przeznaczenia z budżetu choćby złotówki na taki projekt jest równie niedorzeczna co możliwość inwestycji w badania nad uprawą ryżu na Marsie. Przecież pieniądze z budżetu należy przeznaczać na opiekę społeczną, rozbudowę sieci autostrad (haha...), finansowanie szkół i becikowe. Japończykom pomnik Gundama nie posłuży do niego praktycznego - ot, będzie sobie stał w parku, ozdabiał Tokio i świadczył do lekko zwariowanej pasji Japończyków i ich zamiłowaniu do swej równie zwariowanej kultury. U nas nie będzie pomnika Koziołka Matołka (no może będzie, ale na pewno nie w takiej skali, prędzej stworzy go jakiś rzeźbiarz amator dla muzeum filmu animowanego, czy coś ten deseń), będzie za to Świątynia Tysiąclecia, czyli nowy powód do dumy i źródło dochodu dla niezliczonej rzeszy biskupów, prymasów i innych takich. Świątynię Tysiąclecia w zasadzie wszyscy będą mieli w dupie (z wyjątkiem rodziny Radia Maryja), a ogromny, kolorowy Koziołek Matołek z pewnością dodałby tej szarej rzeczywistości trochę kolorytu.

Na koniec można sobie popatrzeć na tokijskiego Gundama (jednak polecam wyłączyć na chwilę głośniki ;))

poniedziałek, 10 listopada 2008

Kurt Vonnegut, Rzeźnia nr 5



Billy i jego oddział dołączyli do rzeki upokorzonych, a popołudniowe słońce wychyliło się zza chmur. Amerykanie nie mieli tej drogi na wyłączny użytek. Pas, który prowadził na zachód, wrzał i dudnił od pojazdów, które z pośpiechem wiozły niemieckie posiłki na front. Żołnierze z oddziałów posiłkowych byli gwałtownymi, ogorzałymi i zarośniętymi facetami. Żeby mieli jak klawisze fortepianu.
Przystrojeni byli pasami amunicji, palili cygara i chlali wódę. Wilczymi gryzami pożerali kiełbasę, klepali szorstkie dłonie granatami o wyglądzie tłuczków do ziemniaków.
Jeden z żołnierzy na tyłach urządził sobie na czołgu samotny piknik pijanego bohatera. Pluł na Amerykanów. Roland Weary został trafiony jego plwociną w ramię, został odznaczony sznurem glutów, kaszanki, tytoniu i wódki.
Billy’emu popołudnie wydawało się zjadliwie ekscytujące. Tyle było do oglądania – zęby smoka, maszyny do eksterminacji, ciała z bosymi stopami, już niebieskimi i pobielałymi jak kość słoniowa. Tak bywa.
Podskakując góra-dół, góra-dół, Billy rozpromienił się czule na widok jasnego, lawendowego wiejskiego domu obryzganego pociskami maszynowymi; w jego przekrzywionych drzwiach stał niemiecki pułkownik. Była z nim jego zatarta dziwka.
Bily wpadł na ramię Weary’ego, aż ten głośno załkał. „Na prawo, marsz! Na prawo, marsz!”
Teraz wspinali się na lekkie wzniesienie. Gdy dotarli do szczytu, nie byli już w Luksemburgu – byli teraz w Niemczech.
Na granicy ustawiono kamerę filmową, by uwiecznić wspaniałe zwycięstwo. Dwóch cywilów w grubych płaszczach opierało się o kamerę, gdy mijali ich Bill i Weary. Dawno już skończyła im się taśma filmowa.
Jeden z nich na chwilę spojrzał w twarz Billy’ego, potem znów wrócił do obserwowania nieskończoności. Gdzieś pośród tej nieskończoności dojrzał nikłą smugę dymu. Była tam bitwa. Ludzie tam umierali. Tak bywa.
Słońce zaszło a Billy wciąż podskakiwał, teraz gdzieś na dworcu kolejowym. Pod dworcem czekały sznury wagonów towarowych. Na front rzucili posiłki. Teraz zabierają jeńców do wnętrza Niemiec.
Reflektory kontynuowały swój wściekły taniec.

Edgar Allan Poe, The Fall of the House of Usher



Zauważywszy te rzeczy, podjechałem krótką groblą bliżej domu. Służący już czekał, żeby zaprowadzić mojego konia do stajni, a ja wkroczyłem do hallu poprzez sklepione przejście. Lokaj o podstępnym kroku poprowadził mnie w ciszy przez rozległą sieć mrocznych i zawiłych korytarzy w kierunku studio jego pana. Nie wiem jak to możliwe, ale widoki, które mijałem w drodze tylko wzmocniły wspomniane niejasne wrażenie. Podczas gdy otaczające mnie rzeczy – podczas gdy rzeźbienia na suficie, posępne gobeliny na ścianach, hebanowa czerń na podłogach i te fantasmagoryczne herbowe trofea, które klekotały w rytm mojego kroku, były tylko czymś, lub czymś podobnym tego czegoś, do czego byłem przyzwyczajony już od czasu mojego dzieciństwa i choć starałem się nie przyznawać, że wszystko to wydaje mi się znajome, to jednak nie mogłem przestać się dziwić, jak nieznajome są te fantazje wzbudzane przez zwyczajne widoki. Na jednej z klatek schodowych napotkałem lekarza rodziny Usherów. Uderzyła mnie myśl, że jego twarz nosiła ślady mieszanki chytrości i konsternacji. W końcu lokaj otworzył drzwi i poprowadził mnie przed oblicze swojego pana.
Pokój, w którym się znalazłem, był duży i wysoki. Okna były długie, wąskie i spiczaste, oprócz tego tak bardzo oddalone od czarnej, dębowej podłogi, że dostęp do nich ze środka pokoju był całkowicie niemożliwy. Mikra poświata poczerwieniałego światła przedzierała się przez okratowane szyby i nadawała wystarczającej wyraźności tym bardziej rzucającym się w oczy przedmiotom. Jednakże oczy na darmo próbowały dotrzeć do odleglejszych zakątków komnaty albo wnęk zdobionego sklepienia. Na ścianach rozwieszono ciemne draperie. Niewyróżniające się niczym mebli było za dużo, były one staroświeckie i zniszczone. Dookoła leżały porozrzucane książki i instrumenty muzyczne, jednak nawet to ani trochę nie ożywiało tej sceny. Czułem w piersiach atmosferę smutku. W zatęchłym powietrzu wisiała surowa, bezdenna i beznadziejna ponurość, która ogarniała wszystko wokół.

piątek, 24 października 2008

Penelope Lively, THE FIVE THOUSAND AND ONE NIGHTS



Zastanawialiście się pewnie nieraz nad dalszymi małżeńskimi losami Szeherezady i Sułtana. Czy żyli długo i szczęśliwie? No oczywiście, że nie – tak dzieje się tylko w baśniach, a przecież Szeherezadzie właśnie zawdzięczamy baśnie. Ona była baśnią, symetria i reguły rządzące fikcją nie dotyczyły jej. A nie biedaczka Sułtana. Biedaczka? Z jego zdobyczami? No, ale on był postacią nawróconą. Ujarzmiony w opowieści. Żądło schowany, żar ugaszony. Sułtan zmienił swoje zdanie o kobietach. Darzył swoją żonę miłością. Nawet trochę interesował się swoimi dziećmi. Przez wiele lat nie pozbawił nikogo głowy. Nabierał ciałka i wyglądał nie do końca tak, jak Omar Sharif w czasach swojej świetności. Miał w zwyczaju pić kawę litrami, oglądać filmy i bez entuzjazmu doglądał rodzinnego interesu olejowego. Od czasu do czasu towarzyszył swoim siostrom i starej matce w ich wyprawach na zakupy do Londynu czy Paryża. Niekiepskie było życie, wcale niekiepskie. Może trochę nazbyt spokojne, może momentami czuł pewną tęsknotę za starymi dobrymi czasami, ale jakoś dało się żyć. No a poza tym jego żoną była najpiękniejsza i najbardziej utalentowana kobieta w całym wschodnim świecie, prawda?
Był tylko jeden problem.
Szeherezada, jak pewnie pamiętacie, była cudowną młodą kobietą jeszcze przed swoim brzemiennym w skutki spotkaniem z Sułtanem. W tym czasie miała już dyplomy z filozofii, medycyny, historii, sztuk pięknych, a teraz dorzuciła do nich jeszcze literaturę komparatywną i filologię. Nauczała twórczego pisania, prowadziła żłobki, poradnie planowania rodziny, a także doradzała ministrom rządowych w sprawach dotyczących kobiet. W wieku czterdziestu dwóch lat była równie cudowna jak zawsze i jako oddana żona nie pozwalała, aby jej zajęcia zmusiły ją do długiej rozłąki z Sułtanem. Wyjeżdżała na jedną, czasem dwie noce, nigdy na dłużej. W końcu ich małżeństwo miało swoje własne tradycję, swoją wewnętrzną strukturę, historię, której nie można było naruszyć.

Why we love them the way they were - and still are



Żaden z dzisiejszych idoli nie może się równać pod względem wyglądu czy charakteru z Butchem czy Sundancem, którzy, według Tary Winter Wilson, w tym tygodniu znów połączyli swe siły.
Choć suma ich wieku to 151 lat, to jednak, drogie panie, ponowne spotkanie Paula Newmana i Roberta Redforda, niekwestionowanych hollywoodzkich idoli (mają oni dzisiaj odpowiednio 81 i 70 lat) sprawiło, że z piersi kobiet na całym świecie wydobyło się westchnienie zachwytu.
Podobnie jak nieoczekiwane spotkanie największej miłości z dawnych lat, tak również widok Paula Newmana i Roberta Redforda 37 lat po tym, jak stworzyli niezapomnianą parę w filmie "Butch Cassidy i Sundance Kid, był ekscytującym przypomnieniem nieprzepartego seksapilu, który swego czasu podzielił kobiecą część gatunku ludzkiego.

Graham Swift, Out of This World


SOPHIE
Wydaje mi się, że należę już do nowego świata, Doktorze K. Sam widzisz – Nawet już mówię „wydaje mi się”. Z tym że to wcale nie jest nowy świat. Ta stara koncepcja była zawsze wyłącznie marzeniem, no nie, taką ofertą sprzedaży? Świat ucieczki, świat azylu. Nowe słowa zastępujące te stare: I wcale nie pomijam faktu, że to czym Joe handluje codziennie w swoich biurze przy Szóstej Alei, to co trzyma nas tutaj w tym kraju wolnych ludzi, jest dokładnie tym samym snem, tyle że w lustrzanym odbiciu: to złote wspomnienia o Starym Świecie. Chaty pod strzechą i posiadłości. Sceneria z szachownicą pól w tle. Wizje takie słodkie i zielone. Ach, żeby tak być w Anglii teraz, gdy – (A wygląda na to, że teraz właśnie Anglia rusza do walki z Argentyną.)
(…)
(…)
Wcale nie tak daleko od tego wszystkiego. Joe nie potrafiłby zrozumieć jak to możliwe, że czuję się tak bezpieczna w tym niebezpiecznym kraju, tak nietykalna w tym groźnym mieście. To ja, pełna słodyczy róża angielska w złowieszczej i zdziczałej dżungli Nowego Jorku. W tym braku kamuflażu, w postrzeganiu rzeczy takim jakimi one faktycznie są, można odnaleźć pewne pocieszenie, prawda? Kraj którym rządzi przemoc, kraj pełen broni. Wiesz jak to jest, ci zawsze delikatni i pokojowo nastawieni Anglicy mają takie mocno przesadzone wyobrażenie o Ameryce, że jest to miejsce, gdzie wszelkie kwestie sporne, takie jak eksterminacja Indian, złoczyńców, murzynów, prezydentów, strajkujących obywateli, szefów wrogich gangów i konkurentów z tej samej branży, rozwiązuje się pociągając za spust.
No więc skąd wziął się ten paniczny strach przez plastikowym pistoletem, Sophie?
Usiłuję ci to właśnie powiedzieć na MIŁOŚĆ BOSKĄ!
Drogi Doktorze Klein. Te rzeczy, o których Ci nie mówiłam. Te, o których nigdy ci nie powiedziałam. Kiedy przybyliśmy tu pierwszy raz w siedemdziesiątym drugi, nie miałam żadnego pojęcia o czymkolwiek. Byłam tylko głupią żoneczką („Nie głupią Sophie, tylko nie głupią”) po raz pierwszy – i chyba również po raz ostatni - w ciąży, wcale nawet nie myślącą o tym, że może urodzić bliźniaki i budzącą się do nowego życia w tym całkiem nowym świecie. Ciężko powiedzieć, czy od razu poczułam, że jestem już częścią tego świata, czy też doszło to do mnie dopiero po latach. Myśli przewijały się przez moją głowę: Jak tu okropnie - Jak tu pięknie. To prawda– jakaś groźba wisi w powietrzu. Ale wolę już żeby niebezpieczeństwa naskakiwały na mnie, gdy częściowo zdaję sobie sprawę z tego, że mogą one nadejść, niżby miały niespodziewanie eksplodować spomiędzy zielonych trawników i łagodnych cegieł ścian.
(...)
HARRY
Każdego roku wciąż odwiedzam Marion Evans. Pamięć jeszcze jej służy. Zazwyczaj jedziemy wtedy na wyżynę Epsom Downs, jeśli pogoda tego dnia dopisuje. Ona zabiera ze sobą termos. Nie mówiła mi nigdy, a ja jakoś nie pytałem, co zrobiła z prochami Raya, ale mam dziwne przeczucie, że rozsypała je właśnie tu na tej wyżynie w jakiś niedzielny poranek. Mam również pewne przeczucie, że przeszło jej przez myśl to samo co mnie – zapewne prochy Taty były zmieszane z prochami Raya. Tak więc gdy tu przyjeżdżamy, dopełniamy podwójnego rytuału. Zatrzymujemy samochód, opuszczamy szyby i spoglądamy ponad torem wyścigowym. Ona nalewa herbatę ze swojego termosu. Pytam co słychać u jej żonatego syna i córki, a ona zdaje mi raport o ich życiu. Teraz z kolei ona pyta mnie, czy mam jakieś wiadomości od Sophie. Tak, odpowiadam, Sophie ma się dobrze. A bliźniaki? Również w porządku. Tylko, że to kłamstwo i to przynajmniej z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że, jeśli wierzyć ostatniej wiadomości od Joe, (no więc nie, pani Evans, Sophie wcale do mnie nie pisze i ja do niej również, a co do moich wnuków, to nigdy ich nie widziałem) u Sophie nic nie jest w porządku.

czwartek, 23 października 2008

Każdy blog ma swój początek.

Niby jestem tłumaczem. Tak sobie pomyślałem - skoro muszę już tyle tłumaczyć w każdym tygodniu, to może warto to gdzieś zamieścić, może ktoś sobie poczyta, napisze co myśli, podsunie jakiś pomysł. No nie wiem, zobaczymy, jak to będzie działało w praktyce :)